środa, 25 lutego 2015

Wspaniałe hasła mamy i w dupie mamy was też.

"Matrix" jest dziś bliżej, niż kiedykolwiek. 
Żyjemy w świcie, który wielkimi literami zapewnia nas o WOLNOŚCI, DEMOKRACJI, PRAWACH, OPIECE, który ze wszystkich sił krzyczy całą mocą reklam: JESTEŚ DLA NAS NAJWAŻNIEJSZY.

Ja nie mam wygórowanych potrzeb. Chcę móc robić swoje rzeczy, którymi nikomu nie szkodzę i pracować na każdą z nich, jak przystoi prawym ludziom. Nie potrzeba mi wolności seksualnej, bo nie czuję potrzeby wychodzenia z nią na zewnątrz, by ktoś mógł ją ocenić. Nie potrzebuję aktualnego smartphona najmodniejszej marki - mój telefon świetnie działa i będzie jeszcze trochę działał. 
Trek Remedy na kołach 29 cali jest genialny, ale opanowuję moje chciejstwo, bo każdy jeden z moich rowerów jest świetny i nie ma potrzeby ich zmieniać na nowe - "lepsze".
Jak każdy chcę korzystać z usług, które oferuje nam współczesność, ale nie chcę być do nich zmuszany, bo ani ze mnie dziwka, ani niewolnik. 

Wiecie skąd ten post? 
Jest taka firma kurierska - Siódemka się nazywa. 
Mam nowy nośnik ku nowym przygodom, który muszę zarejestrować. Dokumenty mi do tego potrzebne wysłano kurierem. Dziś mam wyjechać z mojej ulubionej Gdyni by pozałatwiać wszystkie sprawy, ale nie mogę, bo moja przesyłka znajduje się w najgorszym miejscu - w rękach kuriera. Mogę zadzwonić do nadawcy, mogę do magazynu doręczeń, ale nie mogę do kuriera. Do faceta, na którym najbardziej mi zależy. I ja to nawet rozumiem - też nie chciałbym, żeby całe Trójmiasto dzwoniło do mnie jęcząc o swoje. Ale dlaczego operator w centrum obsługi nie może zrozumieć, że sprawa jest ważna i nie chce pomóc? Proszę tylko o to, żeby podała kurierowi mój numer, skoro nie może mi podać jego i poprosiła, by się ze mną skontaktował. Ja wskoczyłbym w samochód i nie rujnując jego trasy odebrał co moje i ruszył dalej, bo czas nagli. Nie. Bo kurier ma doręczyć przesyłkę pod wskazany adres - kropka. 
I wiecie co? Ja się tej pani pytam, dlaczego kurierzy dzwonią, że zostawiają paczki u sąsiadów, albo próbują umówić się w innych miejscach, jak praca, stacja paliw, czy cokolwiek, gdy idzie o ich wygodę, dlaczego ich regulamin pozwala na elastyczność tylko w jedną stronę? Dlaczego JA - najważniejsze ogniowo całego procesu doręczenia nie mam żadnej szansy na pomoc z ich strony, kiedy naprawdę by mi się przydała? Pani - rutyniara, która pewnie takie rozmowy prowadzi kilkanaście razy dziennie, pyta tylko, czy może "pomóc mi w czymś jeszcze". Sucz - mogłaby sobie zapisane na wysokości wzroku hasła zatrzymać w swoim boksie, zamiast mnie nimi doprowadzać do beznadziei. 

Świat się dalej będzie kręcił, nawet jeśli nie dostanę mojej przesyłki przez tydzień, ale kiedy ma się ostatnie kilkanaście dni w kraju, wiedząc, że wydanie dokumentu trwa od dwóch do trzech tygodni, wiedząc, że "najpierw są sprawy jachtowe, później prywatne", szlag mnie trafia, bo ktoś wrzeszczy mi w twarz, że jestem najważniejszy, ale tak naprawdę ma mnie głębiej, jak w dupie.

Tyle!

wtorek, 17 lutego 2015

Bajki o sobie.

Siedziałem dniami na dupie. Odwiedzałem ludzi, o których nie mam wiele do powiedzenia, przemierzałem znane mi trasy w tą i z powrotem załatwiając kilka spraw dziennie, żeby coś robić, ale nie zrobić wszystkiego, bo coś muszę robić dnia następnego. Obrastałem w zniechęcenie, lenistwo i zacząłem wierzyć w legendy.
W tym zdrętwieniu kuszę siebie, żeby wyrwać się do lasu, zacząć odbudowywać formę. Biegać, jeździć, pływać, oddychać głębiej, oddychać w ogóle! Bo teraz to tylko sączę powietrze - myślę sobie.

Jest dobrze - dzień jest wyraźnie dłuższy, powietrze mroźne, niebo słoneczne. Tylko jechać! Ale nie dziś. Dziś pójdę pobiegać. Jak się tyle czasu nic nie robi, to w sumie wszystko jedno. 
Zegar bije i faktycznie dłuższy dzień się przydaje. Ruszam się w końcu i biegnę. Podbiegając pod górkę łapczywie wdycham powietrze. Myślę sobie - do bani. Wysiłek fizyczny sprawia radość wtedy, kiedy mamy formę. Wtedy nie męczy nas cokolwiek, a naprawdę godne potu, ambitne cokolwiek. I tu zaczynają się bajki... Biegnę i przypominam sobie moje prywatne wyczyny sprzed lat, wiedząc, że w tej chwili padłbym i zdechł na trasie. Zjadłyby mnie niedźwiedzie, w pizdu, po mnie. 
I tak truchtam sobie, wiedząc, że dziś to tylko pół godziny, czym się w sumie pocieszam. Żałosne, bo w innej bajce przejechałem kozak maraton, co się patrzy, w górach, jak się patrzy. A dziś? Dziś niedźwiedzie. 

To jest nawet pewna forma motywacji. Chęć powrotu tam, gdzie legendarny rycerz zawsze dawał sobie radę. W Internecie pełno jest inspiracji. Jest taka ekipa - Camp 4 Collective - ci kolesie robią filmy, że buty same się wiążą i wynoszą twoje nogi w stronę przygody. Tylko, że kiedy jesteś już tam... męczysz się na pierdołach. Zastanawiasz się, czy nie wolałbyś być wolnym od tych wszystkich genialnych filmów i po prostu robić swoje, po swojemu. Odkrywać - nie powielać. Wyrżnąć orła, zakląć i następnym razem zrobić inaczej - być może lepiej. 

Ale jest coś, co dodaje mi otuchy. Bo dziś naprawdę ruszyłem z domu i wbiegłem do lasu. I siedzę tu teraz, klepię głupoty w klawiaturę i kurde - czuję się dobrze.  

środa, 28 stycznia 2015

Montage...

A więc montaż... Znowu.

Od rzucenia cum w Volos minęło pięć miesięcy. Pięć! W tym czasie zdążyłem postawić stopy na znanych z "Mamma Mia" wyspach Skiathos i Skopelos, wrócić do bazy w Sukosanie, gdzie oficjalnie zakończyłem sezon i zabrałem się za prace przygotowujące Thirteen do zimy. Jesień wyparła lato, dni stawały się coraz krótsze, padało jeszcze częściej niż latem, choć myślałem, że już częściej się nie da - unurałem więc rower i siebie w chorwackim błocie, ten ostatni raz wjechałem w miejsca, za którymi miałem tęsknić następne miesiące. Wszedłem w Velebit i zszedłem pogrążony w myślach o przyszłym sezonie, o tym, czy zmienię bazę, czy nie, czy jeszcze kiedyś wrócę w to "moje miejsce na ziemi". Wziąłem udział w nurkowaniu, podczas którego 'uwolniliśmy rybę'.
Później niż kiedykolwiek wróciłem do domu. 

Tydzień - tyle czasu w nim byłem. Pewnego dnia po prostu pojechałem spotkać się z instruktorem w centrum nurkowym Gdynia Dive i dwa tygodnie później napisałem:

Safari Brothers & North. 
Egipt, Morze Czerwone, 14-21 listopad 2014.

Kiedy patrzę za okno, gzie odcienie szarości ociekają wilgocią, gdzie gnije złota polska jesień, gdzie niczemu żyć się już nie chce, tylko schować głęboko, zasnąć najlepiej i obudzić się wiosną... Zamykam oczy. Wdech... Wydech... Błękit przeszywany białą smugą powietrza...
Ucieczka idealna. Zawiśnięcie w toni, w próżni morza. Uciekłem z Planety Ziemia na Planetę Ocean, tam, gdzie ludzie od zawsze szukali wytchnienia od nieatrakcyjnych, „ziemskich spraw”. 

Niestety, tekstu do dziś nie skończyłem.
W nieprzemakalnej kopercie pojawiły się nowe plastiki nurka AOWD i specjalizacji Deep Diver.



Skończył się bardzo udany rok... Nowy przywitałem z Narzeczoną w Luksemburgu. Nigdy wcześniej tam nie byłem, a nowe miejsca zawsze cieszą. Mają tam świetne piwo, piękne panoramy, lodowisko i niewiele innych atrakcji. Zatęskniłem za Gdynią, bo to naprawdę Moje Miasto. 



Nieprzemakalna koperta czeka na jeszcze jeden plastik - radiooperatora SRC VHF, o inny wciąż walczę, ciężko idzie...

Nie będę ukrywał, że znudziła mi się już zima i dziś znów zacząłem marzyć o tym, że tak naprawdę to wcale mnie tu nie ma, że ja i wszyscy moi bliscy żyjemy w Kalifornii. Prawda jest jednak taka, że ni chu-chu. Niestety. Witam w teraźniejszości!
  


piątek, 17 października 2014

Do Volos we go!

Czyli o tym, jak w totalnych ciemnościach wchodziliśmy do totalnie nieznanego nam portu.

1-3 Wrzesień 2014.
(prawie)Ateny - Volos [824 Mm].

Kotwicę podnieśliśmy o 0430. Słońce jeszcze nie wstało, ale my byliśmy przytomni jak za dnia. Dobrze nam zrobił sen w porze, w której normalnie się śpi. 
Nasz ploter wciąż pokazywał malutką czerwoną łódkę na szarej plamie. Furuno nie spieszyło się z mapami. Poniedziałek dawał nadzieję, że coś się zmieni. 

Kiedy nie ma na pokładzie pracy, to znaczy, że się źle szukało. Korzystając z poniedziałku nadrobiłem kilka prywatnych zaległości i zaraz poczułem się lżej. Następnie zabrałem się za sprzątanie salonu, żeby mieć mniej pracy w tym i tak szalenie krótkim czasie, jaki będę miał na przygotowanie jachtu po setkach mil drogi. Gotfryd się zmartwił bo zakryłem kanapy pokrowcami i biedak przez pierwsze godziny wyglądał na skołowanego. Chciał się położyć, ale jednak coś mu podpowiadało, żeby tego nie robić. W końcu nie wytrzymał i tak się położył, żeby leżeć na pokrowcu, czyli nie brudzić spoconymi girami wyczyszczonej skóry, ale jednak leżeć. Z boku wyglądało to, jak pies, który coś znalazł, coś chce, ale nie wie co z tym zrobić. 

Przejąłem ster i minąłem się z tankowcem zielone do zielonego. Przypomniałem sobie, że kiedyś, chciałem być kapitanem na takim... Radio grało, 20 Mm dzieliło mnie od kolejnego WTP. Było dobrze...

Główki portu w Volos osiągnęliśmy o 0200. 
To zawsze jest ekscytujące uczucie, kiedy wchodzi się w ciemnościach do portu, którego się nie zna. To był port, taki prawdziwy port, a nie marina, gdzie stuff jest na nogach 24/7 w gotowości do odebrania cum. Pogoda nam sprzyjała, wiatru nie było, więc mogliśmy się powoli przesuwać i wypatrywać miejsca. Już samo wypatrzenie świateł główek było nie lada zabawą w tym przemysłowo/promowo/rybacko/jachtowym porcie, a teraz, nie chcąc skazywać się na zbyt wiele manewrów musieliśmy podjąć decyzję, w której części szukamy. Musieliśmy znaleźć nabrzeże, do którego moglibyśmy stanąć alongside, z pilota wynikało, że część jachtowa odpada, udaliśmy się wiec w przeciwną stronę i tam też znaleźliśmy kawałek betonu w sam raz dla nas. 
Brak wiatru ułatwił zadanie, chociaż nieskromnie przyznam, że podejście trzydziestometrowym jachtem z dwoma osobami na pokładzie nie jest czymś oczywistym. Przez lata współpracy opracowałem sobie różne plany działania. Przygotowuję cumy w kolejności do rzucenia, udaję się do kapitana, którego proszę o danie mi chwili czasu przed przytuleniem się do nabrzeża, żebym mógł ustawić odbijacze na odpowiedniej wysokości. Potem, w tym manewrze, rzucam szpring i cumy z dziobu, przechodzę na rufę, rzucam cumę rufową i szpring, skaczę na nabrzeże, biegnę do szpringu, zakładam go na poler, biegnę do cumy rufowej, kapitan wykorzystując szpring przytula się bliżej. Łajba jest bezpieczna, więc kapitan schodzi na główny pokład i wybiera założone cumy, potem korzystając ze stanowiska manewrowego na głównym pokładzie ułatwia mi zgrabne dostanie się na pokład i bawimy się dalej: ja operuję na cumach, kapitan na silnikach i tak stoimy. Zdarzało się nam to robić w gorszych warunkach i też poszło, więc nie możemy być tacy źli. Ale zawsze jest miło, kiedy znajdzie się ktoś, kto cumy odbiera.




Dowiedzieliśmy się, że przed ósmą musimy się przemieścić do części jachtowej, więc poszliśmy spać szybko. Kiedy wstaliśmy pięknie świtało i kutry rybackie zaczęły wracać z połowu. To był dość ciekawy widok - my i kutry rybackie baaardzo blisko siebie. Czułem się trochę, jak we Władysławowie, w ogóle Volos mi Władysławowo przypominało.




Przemieściliśmy się, stanęliśmy alongside do bardzo niskiego nabrzeża, co mi się w ogóle nie podobało, gdyż godzinę później miałem zostać na pokładzie sam i to na trzy dni, więc ewentualna poprawka nie wchodziła w grę. To nabrzeże było tak niskie, że odbijacze położyłem na wodzie, żeby w ogóle spełniały swoją rolę. Chwilę później odprowadziłem kawałek drogi Gotfryda, który wracał do Wiednia (promem na Skiathos i stamtąd samolotem) i miał wrócić na pokład z MURA w ciągu najbliższych trzech dni. Nie powiem, żebym czuł się z tym komfortowo. 
842 Mm, 11 dni i tylko trzy na przygotowanie wszystkiego...




Zdradzę Wam, że się udało :) 
Ale to jeszcze nie koniec rejsu! Skiathos - nasze miejsce docelowe jest wciąż przed nami!

czwartek, 9 października 2014

Do Aten!

Czyli o tym, jak Gotfryd nie wiedział o moście, o tym, jak przeszliśmy Kanał Karyncki, a także o tym, jak to nie byliśmy w Atenach.

30 sierpień - 01 wrzesień 2014.
Korfu - Kanał Koryncki - Kotwicowisko na przedmieściach Aten [672 Mm].

Z uzupełnionymi zapasami, w których skład wchodziły dwie butelki Retsiny - dość specyficznego w smaku wina, którym wznieśliśmy toast za szczęśliwe wejście na greckie wody, minąwszy stojący na kotwicy okręt US Navy, obraliśmy kurs na wejście w Zatokę Patras.
Przepiękne są okręty wojenne! Przepłynęliśmy "bezpiecznie blisko", żeby przyjrzeć się szarej miss USA, na tyle blisko, że widać było marynarzy na stanowiskach obserwacyjnych i jednego z nich mierzącego do nas z karabinu maszynowego o zacnym kalibrze. Kiedy odsłoniła się nam jej bakburta mogliśmy zobaczyć dwie barki karmiące ją paliwem. Później, słuchając ostrzeżeń nawigacyjnych, dowiedziałem się, że Amerykanie zmierzali na manewry zorganizowane przez NATO, po drodze zwracając uwagę na "podejrzanie terrorystyczne zachowania" jednostek w rejonie. Podali także numery kontaktowe na wypadek, gdyby ktoś zauważył coś, co chciałby im zgłosić. Także, gdyby jakiś kuter rybacki wymuszał na mnie ustąpienie drogi, mógłbym podać im jego pozycję, oni wystartowaliby drona, a ten, na ćwierć mili przed kolizją wystrzeliłby salwę rakiet i zamienił go w palące się na powierzchni resztki. Wtedy wzniósłby się w górę, majestatyczne wleciał w tarczę zachodzącego słońca, a ja machając mu w geście wdzięczności, łapiąc się za serce zanuciłbym hymn Stanów Zjednoczonych Ameryki...






























Na trawersie pojawiła się Itaka. Całkiem spora wyspa, gdyby Odyseusz nie zapragnął zamelinować się na trochę i pozostał wierny greckiej tradycji nawigowanie po lądzie, myślę, że Penelopa nie musiałaby dziergać swetra przez tyle lat. 
Tak całkiem serio - w szkole uczymy się tego i tamtego, ale wiele rzeczy pojmujemy dopiero w chwili, w której się z daną rzeczą konfrontujemy. To było ciekawe uczucie, żeglować po akwenach, o których słyszało się w szkole.


W zgodzie z naszym niepisanym podziałem wacht, przejąłem ster około godziny dziesiątej wieczorem. Korzystając z okazji, że zostałem sam, rozłożyłem mapę, wyjąłem trójkąty nawigacyjne i zacząłem przypominać sobie, jak to było kiedyś, kiedy byłem lepszym żeglarzem - żeglarzem nierozpieszczonym przez ploter. Powtórka z nawigacji nie mogła znaleźć lepszego czasu. Prześledziłem naszą trasę i zauważyłem, że jeszcze na mojej wachcie będziemy musieli przejść pod mostem. Odszukałem Rion - Andirrion Bridge w naszym pilocie po greckich wodach i rozłożyłem mapę, na której podano dokładne procedury przekroczenia mostu. Instrukcja była jasna, do ATA zostały ponad trzy godziny, Gotfryd spał w najlepsze na kanapie w sterówce. To było moje zadanie! Trzymałem kciuki, żeby mojego Śpiącego Kapitana nie obudził żaden książę. Bo mi czasem naprawdę brakuje mojej karty wstępu do dżentelmeńskiego świata kapitanów! Więc nie waż mi się obudzić, kapitanie, nie waż mi się zabrać tego zadania! Dochodziła druga w nocy.
Dziesięć mil przed mostem wezwałem Rion Traffic, podano mi przejście określając je kolejnością świateł na pylonach. Dopiero moja rozmowa przez radio obudziła kapitana. Jego pytanie, czy już teraz wzywam Traffic Control kanału uświadomiła mi, że on w ogóle nie był świadomy, że na naszej trasie jest jakikolwiek most. Widzicie? - Plotery ;) Dał mi dokończyć zadanie. Po fakcie jestem pewien, że on mi przecież ufa i wie, że może spokojnie spać, ale taki kąsek, jak ten most obudził we mnie zachłanną chęć posiadania go tylko dla mnie samego i dyktowanego zazdrością strachu o to, że mi się go zwinie sprzed nosa. Siedem mil za mostem uwolniliśmy się spod kontroli Rion Traffic - zadanie zakończone, mogłem iść spać.


Kiedy się obudziłem, byliśmy niecałą godzinę przed wejściem w Kanał Koryncki. 
Dopłynęliśmy do punktu oczekiwania, gdzie jednostki czekają na ustalenie kolejności przejścia. Kontroler ruchu ustawia nas, jak dzieci w przedszkolu, mówiąc kto za kim wpływa i taki sznureczek grzecznie czeka na zmianę ruchu w kanale i pozwolenie na wejście. 
Ten sześciokilometrowy kanał pozwala zaoszczędzić sporo czasu/paliwa i w pół godziny przerzuca z Morza Jońskiego na Egejskie. Nie jest tani, koszt przejścia dla jachtu naszej długości to 600,- europejskich, ale jest to wciąż opłacalna droga na skróty.

Zachodnie wejście do Kanału Korynckiego



Wyjście z kanału. Tam, gdzie trzeba położyć kasę na ladę.


Trzy godziny później na ekranie plotera zarysowała się wyraźna granica. Ta granica to koniec naszych map... Pamiętam, że na trzy miesiące przed rejsem podałem Gotfrydowi dane o zainstalowanych mapach, więc coś musiało się podczas tego przygotowania popierniczyć. Tragedii nie było - wciąż mieliśmy mapy papierowe, a Gotfryd tablet z mapami Garmin. Problem tylko w tym, że za kilka dni na pokład miał przybyć armator, a taka szopka to mega kompromitacja. 
Telefon w dłoń i liczenie na to, że Niemcy z Furuno prześlą nam kod autoryzacyjny mapę najszybciej, jak się da. Taaaaaka wtopa!

Ateny... Niezły ruch panuje w tym rejonie. I Ateny i Pireus nie narzekają na brak statków zmierzających do portów, a są dość blisko siebie. W między czasie sprawdziliśmy prognozę pogody i podjęliśmy decyzję o przeczekaniu silnych wiatrów, na którymś z kotwicowisk na PD-WSCH od Aten. Wiele miejsc wyglądało lepiej na mapie, niż w rzeczywistości i tak naprawdę żadne nie dawało pełnej ochrony, ale naszym największym zmartwieniem było to, że kotwica za cholerę nie chciała złapać. Rzucaliśmy dwie kotwice po pięć razy zanim wreszcie chwyciła i mogliśmy zgasić silniki. W między czasie zaszło słońce i dzień miał się już bardzo blisko ku końcowi. Nie zdążyłem jeszcze spłukać szlamu z łańcucha kotwicznego, kiedy Gotfryd przyszedł do mnie na dziób z butelką piwa. Za szczęśliwe ocalenie!
Ateny świecą milionami świateł, widzimy ruch uliczny i ludzi blisko brzegu. Jestem tak blisko Aten, ale nie dane mi będzie w tym rejsie postawić tam nogi. Biorę prysznic na pokładzie kąpielowym, w scenerii miasta nocą i gwieździstego nieba. O piątej ruszamy, więc niech się do piątej wypiździ!

Fajne zdjęcie na koniec ;)



czwartek, 2 października 2014

Kawa na balkonie.

Czyli przelot z Bar na Korfu i dobry kawał z życia marynarskiego na koniec.

29-30 sierpień 2014.
Bar - Korfu (Grecja) [407 Mm].

Wyspaliśmy się i o 0930 podeszliśmy do nabrzeża stacji. Przygotowałem wszystko do pobrania paliwa i pompa ruszyła. Skończyliśmy po dwóch i pół godzinie - 11500 L tax-free! 
Odeszliśmy, jak tylko wrócił nasz agent z kompletem dokumentów. Dobrze wspominam Bar.

Pierwszy zachód...

Pierwszy świt...


Rozpoczęły się dla nas porządne przeloty. Z Bar na wyspę Korfu pokonaliśmy 164 Mm i pierwszą nocną żeglugę w tym sezonie. Noc była spokojna. Fala z rufy delikatnie kołysała, gdzieś daleko widać było kilka świateł nawigacyjnych, a Albański brzeg wydawał się czarną masą rysującą się na tle czarnego horyzontu. Żadnych pław, świateł, ruchu... Nic.
Nasza dwuosobowa załoga nie ma stałego podziału wacht. W ciągu dnia ster przejmuję ten z nas, który nie jest zmęczony. Jakiś niepisany porządek wachtowy zaczyna się dopiero późnym popołudniem, kiedy z dobrego serca i szczerych chęci spędzam trochę czasu w kambuzie przygotowując żarcie i sprzątając po sobie (I nie tylko...). Potem wychodzę na fly i spędzam trochę czasu z moim kapitanem, ten w okolicach dziesiątej wieczorem schodzi pod pokład w poszukiwaniu wygodnej pozycji przed TV, a ja ciągnę ile mam sił. Kryzys często łapie gdzieś po trzech-czterech godzinach, ale spacer po pokładzie, kawa, siku za burtę, szybka gimnastyka i podjaranie chwilą pomaga go pokonać. W tym rejsie zawsze udawało mi się dojechać do minimum piątej rano, budząc Gotfryda w jaśniejących szarościach, często w okolicach świtu. 
Podczas tego przelotu wschód słońca zastał nas tuż przed wejściem na greckie wody. Przekazałem ster na godzinę przed rozpoczęciem podejścia do Mariny Gouvia, bez sensu było więc iść w koję. Położyłem się na kanapie w sterówce i szybko chwytałem minuty drzemki. 
O ósmej z minutami rzuciliśmy kotwicę i podeszliśmy naszym zgrabnym zadem do pomostu. Mieliśmy miejsce na dwie godziny, więc przystąpiliśmy do załatwiania formalności. Trochę było z tym szopek... Po pierwsze kapitan kupił książkę z opisem greckiego wybrzeża, marin i portów z 2009 roku... I na Korfu się trochę od tego czasu pozmieniało. W marinie nie było posterunku policji, więc nie mogliśmy się oficjalnie odprawić, całe szczęście mogliśmy zapłacić podatek turystyczny, na który oni zwracają największą uwagę. Następnie złapaliśmy taksówkę, podaliśmy nazwę centrum handlowego, które nam doradzono i ruszyliśmy zdobyć Internet. Grecki taksówkarz miał swoją własną wizję na temat miejsca, w którym powinniśmy potrzebne nam dobro zakupić i zafundował nam godzinną wycieczkę po mieście - od jednego miejsca, w którym nie było, do drugiego i w końcu trzeciego, w którym się udało. Zwiedzanie przez szybę!
W marinie jeszcze tylko szybkie zakupy i cumy i kotwica i lecimy dalej! Tak całkiem bueno jednak nie było. Po tym, jak stanęliśmy w marinie, żeby zejść z jachtu, wysunąłem trap... I zawył krótko alarm. I skomlał za każdym razem kiedy używaliśmy trapu, później też drabinki kąpielowej. I jest tak po dziś dzień (witam wszystkich 2 października o godzinie 0802). Szlag trafił nasze akumulatory serwisowe i jak tylko ruszy się jedną z tych dwóch rzeczy, to ich moc spada do zera, włącza się przymulony brakiem mocy alarm, prostowniki zaczynają ładować. Także po sterach i agregacie/PMS przyszła kolej na akumulatory. 
W każdym razie - witamy w Grecji! Jestem tu pierwszy raz!

Pierwszy wschód...

I widok z kibla. Na pierwszy wschód :P


Moje pierwsze wrażenie na temat Grecji jest takie sobie. Dopiero co byłem w Czarnogórze, w której wszystko się buduje, a teraz tu, w Grecji, wszystko niszczeje. Zamknięte lokale, zabazgrane mury, niedokończone budowy... Ah, ta kreatywna księgowość ;)

* * *
Mąż wrócił do domu z długiego rejsu. Pierwszej nocy leży z żoną u boku w łóżku i ta chcąc wprowadzić trochę romantycznego nastroju mówi: to musi być wspaniałe... Stoisz na mostku i obserwujesz bezkresny horyzont... Wasz wielki statek - taki mały na ogromnym oceanie... Jak to jest, pokaż mi! Mąż wstał z łóżka, spojrzał na swoją żonę i powiedział: 
Dobrze - zrób kawę, będę na balkonie.











wtorek, 30 września 2014

Dzień zmiany.

Czyli wymiana MURA na kapitana Gotfryda.

28 sierpień 2014.
Mali Zaton - Cavtat - Bar (Czarnogóra) [243 Mm].

O 0600 obudziły mnie fale i dźwięk łańcucha kotwicznego. Wyszedłem się rozejrzeć i powtórka z rozrywki: wiatr się odkręcił i zatoka przestała być bezpieczna. W takich chwilach zawsze mam wątpliwości - budzić armatora, czy kontrolować sytuację i dać mu spać? Zazwyczaj go budzę w myśl zasady Safety First, ostatecznie, jak się coś stanie, co będzie wymagało reakcji, to moja jedna para rąk nie da rady na raz odpalić silników, wciągnąć kotwic, manewrować jachtem przy tej okazji i zrobić sobie kawy. Ale Armator sam się obudził. To zawsze najlepsze wyjście!
Wyszedł na pokład i zaklną: "kurwa pogoda..." - jego ulubione podsumowanie niepogody, jakie skonstruował ze znanych mu polskich słów. Zapytał co robimy - wyglądał na takiego, któremu ani trochę nie chce się zaczynać dnia o szóstej rano. 
Cavtat - port graniczny, w którym odprawialiśmy się przed opuszczeniem chorwackich wód i dla nas osobiście - port wymiany załogi. Dzieliło nas od niego siedem mil - niecała godzina, a będąc tam wcześniej rosła szansa na bezproblemowe podejście do nabrzeża granicznego. Zaproponowałem, żebyśmy ruszyli tam tyłek, skoro już i tak nie śpimy. I ruszyliśmy tyłek. 
Mieliśmy bardzo silny wiatr. Z nieznanej mi przyczyny nie weszliśmy od razu do Cavtatu, tylko w zatokę. Piździło, a tam dość sporo niebezpiecznych miejsc. W końcu się wycofaliśmy i wpłynęliśmy do małej zatoczki z tym moim najmniej ulubionym chorwackim "portem". Nad naszymi głowami przeleciał odrzutowiec Armatora - czyli Gotfryd za godzinę będzie na nabrzeżu... 

Pożegnałem się z Moją Ulubioną Rodziną Armatorską i przywitałem z Gotfrydem. Zrobiłem szybkie zakupy, wywaliłem śmieci, pod trap przyszedł nasz agent z gotową dokumentacją - byliśmy odprawieni i gotowi do odejścia. 
To jest gówniane uczucie za każdym razem. Pewna nieformalna degradacja... Ale teamem jesteśmy dobrym - trzeba nam oddać. 

Z tym dniem tak naprawdę zaczęła się poważna żegluga. Z ulgą odeszliśmy z Cavtatu i trzy godziny później zmieniłem flagę z chorwackiej na Czarnogóry. 
Mijając Zatokę Kotorską pomyślałem sobie, że wreszcie znów jestem gdzieś pierwszy raz i od tej chwili każda kolejna mila będzie milą mi do tej pory nieznaną...
























Pogoda się ułożyła. Wyszło słońce, zniknął silny wiatr. 40 Mm trasy do Bar zleciało szybko. Oczekujący nas agent wskazał miejsce - alongside do pirsu, tuż naprzeciw stacji benzynowej, w której następnego dnia mieliśmy pobrać wolne od podatku paliwo. Mieliśmy idealne wyczucie czasu - zdążyłem wybrać ostatnią cumę, kiedy wiatr zaczął wiać od morza. Teraz już mógł. 
Na przywitanie wyszła nam ciekawa ekipa. Rosyjscy Wikingowie! Ortodoksyjna grupa zapaleńców życia w harmonii z religią, naturą i... sobą nawzajem na pokładzie ich wzorowanej na Drakkarze, niewielkiej łodzi? Nie mogę znaleźć w Internecie żadnych informacji o tej grupie i ich projekcie, więc jedyne, co mogę Wan o nich napisać, to to, że byli bardzo życzliwi, spłynęli do Czarnogóry z Rosji i w ich planach było przekazanie łodzi swoim przyjaciołom z innego bractwa, którzy to mieli z kolei odbyć podróż powrotną. Ciekawe spotkanie. I ciekawy projekt.

Bar przypadł mi do gustu. Nie jest oblegany, jak Kotor, czy Tivat, więc w świętym spokoju załatwiliśmy wszystkie obowiązki i mogliśmy zejść z pokładu i znaleźć knajpę, która uraczyła nas wyśmienitą kolacją. I dobrym, czarnogórskim piwem. Naszym sąsiadom sprzed dziobu podarowaliśmy butelkę wina, żeby wzbogacić ich zapasy i pokazać gest przyjaźni na wypadek, gdyby mieli zacząć "wikingować" ;)